Od bulwarów aż na Zamek: Słów kilka o praskich festiwalach piwnych

Praga (fot. PG/kuflowa.pl)
Praga (fot. PG/kuflowa.pl)

Cztery piwne festiwale w jednym miesiącu? Yes – we can! Można mieć wrażenie, że Praga jest najbardziej piwnym miastem świata. Gdyby nie sezon ogórkowy, który zaraz rozgoni wszystkich na dacze i urlopy, można byłoby ciągnąć to jedno wielkie święto aż do września. Jak było na praskich bulwarach, kiedy odbywał się festiwal Pivo na Naplavce?

Piwo na Zamek – to brzmi jak hasło w przedwyborczej kampanii. Tak nazywa się jednak festiwal, który w ten weekend zakończył późnowiosenne „piwobranie” w Pradze. 350 koron – tyle kosztował wstęp i dostęp do 140 rodzajów piwa.To wszystko w okolicznościach jakże wyjątkowych: w kompleksie Zamku Praskiego, dokładnie w zielonej jego części, pod królewskim Belwederem – letnim pałacykiem Anny Jagiellonki. Moja relacja z tego wydarzenia już wkrótce, Tymczasem podsumowuję poprzedni piwny festiwal w Pradze.

Skoro jesteśmy przy tak zacnym miejscu jak siedziba czeskich władców i prezydentów... Muszę nadmienić, że w praskich festiwalach bardzo podoba mi się wybór miejsc: Zamek Praski, bulwary, Parukářka – wzgórze na legendarnym Żiżkovie... Po prostu miejsca, które przyciągają nie tylko dlatego, że właśnie leją tam piwo.

Tak było w przypadku festiwalu Piwo na Naplavce – na nowomiejskich bulwarach nad Wełtawą. Lubię to miejsce, jeśli ktoś stawia tam stoiska z piwem (z mikro i małych czeskich browarów) to pędzę jak na skrzydłach. W końcówce maja wszyscy narzekali na pogodę, w tych upałach, które tu teraz panują, aż chciałoby się cofnąć czas. Chciałem napisać kilka słów o tym właśnie wydarzeniu, podkreślić kilka aspektów. Może zobaczycie różnice w porównaniu z polskimi imprezami.

Wstęp – na to narzekało wielu praskich blogerów piwnych. Trzeba było zakupić szkło festiwalowe, żeby ktokolwiek nas piwem uraczył. Podstawowa wersja – zwykły kufelek – to 60 czk. Niby szczegół, ale piwa (rzecz jasna) nie były lane za darmo. Narzekano również na zbyt wysokie ceny samych piw, skoro lano do „trójek”. Ale z mojego punktu widzenia wciąż były to pieniądze, które można spokojnie zaakceptować. Ktoś napisał, że wolałby to piwo wypić spokojnie w knajpie...Przecież po to jest festiwal – żeby było gwarno, głośno, tłoczno – słowem: żeby przyciągnąć ludzi. Organizatorzy bronili się, że nie chcieli stworzyć festynu, ale festiwal degustacyjny. Stąd te kufelki, które trzeba było zakupić.

Co do tłumów. Byłem na samym początku – w piątek po 14.00 i bardzo dobrze zrobiłem. Było znośnie. Praktycznie bez kolejek dostawałem się do każdego stoiska, które wypatrzyłem. Podobnie z jedzeniem. Z każdym kwadransem jednak ludzi przybywało – piwosze więksi i mniejsi kończyli pracę i weekend chcieli zacząć mocnym akcentem. Powiem szczerze, że wciąż powiększająca się publiczność robiła klimat. Wypogodziło się, wyszło słońce, od Wełtawy spływała na nas przyjemna bryza...Fotografię, która zdobi te krótkie wspomnienia zrobiłem odchodząc, ok. godziny 18.00. Powoli zaczynało się robić naprawdę tłoczno – ale jeśli ktoś chodzi wiosną i latem na praskie bulwary jest przyzwyczajony.

Przechodzę do tego co najważniejsze: do piwa! Skosztowałem chyba taką ilość, żeby móc o każdym z tych piw coś powiedzieć. Nie było więc (jakże często przyjemnej) fazy, w której odrzucamy notatnik oraz ołówek mówiąc: to i tak nie ma sensu! Pijmy!

Zacząłem od czegoś na orzeźwienie, czegoś oczywistego, ale jakże przecież istotnego: pilsa, 12-tki. Pomyślałem, że jasne, poczciwe piwo to podstawa na początek. Była to propozycja z mikro browaru św. Wojciecha na praskim Břevnovie. Benedict (od benedyktynów z owego klasztora właśnie) był jak najbardziej zadowalający. Na festiwalu byłem z bratem, który nigdy wcześniej nie próbował zielonego piwa. Uraczyliśmy się więc (pozycja nr 2) Zielonym cannabisem z mikro browaru U Stočesů z Rokycan. Tuż obok swoją ofertą przyciągał mikro browar Slepý krtek – Ślepy kret z Ujkovic. Mieli coś bardzo ciekawego – leżak miodowy (przy czym chodzi o miód pitny), który uznaliśmy za półciemny specjał. Faktycznie ten miodowy (mocno alkoholowy) akcent był odczuwalny. Odczuwalny na tyle, że musieliśmy się wspomóc słoweńską wędliną.

Przyszedł czas na RIPA – żytnie IPA z pivovaru Antoš. Antoš znacie z wcześniejszych recenzji, które robiliśmy z Januszem. Zacne IPA z bogatym bukietem – ale nie zabijająca chmieleniem. Zajadaliśmy się przy tym pizzą z pieca (to nie żart – przemiłe dziewczęta rozstawiły na bulwarze całą infrastrukturę i piekły na potęgę).

Na koniec wypiłem coś, co dla mnie jest ostatnio hitem: praski mikro browar „Pod Trzema Różami” i ich Starobawarski Weissbier. To jest pszenica na bogato! Nie rozumiem tych, którzy w recenzjach zarzucali tej propozycji zbytnią słodycz, smak zgniłych pomarańczy, czy zbyt dojrzałego banana. Są tam pomarańcze: w barwie, w smaku. Nigdy nie powiedziałby, że są zepsute. Banan? Banan króluje tam w pełni i w ogóle nie przeszkadzała mi jego słodycz. Cóż było robić? Nastąpił powrót po dolewkę. Idealne piwo na letni czas – pełen pozytyw.

Piotrek Gawliński - przewodnik po Pradze, od 2008 roku w jednym z najbardziej inspirujących miejsc świata, gdzie stara się rozwijać turystykę alternatywną, przede wszystkim w piwnym ujęciu.

baner500k

, , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>